Fair play, czyli czego mogą nas o ekonomii i sensie życia nauczyć własne dzieci

Absolutnie wspaniała i rewelacyjna książka.

Już wstęp jest wielce intrygujący :-)

Poglądy zawarte w tej książce zostały wykute, uszlachetnione i wygładzone w ogniu dyskusji wznieconym przez mych kolegów z Grupy Obiadowej, którzy usiłują codziennie, w trakcie spożywania kanapek i kawy, rzucić snop światła na każdy aspekt ludzkiego bytu. Prawie zawsze pojawiają się iskry. Często występują przebłyski intuicji, a niekiedy mamy do czynienia z pożarem.

Naszą ambicją jest zrozumienie świata, zarówno takiego, jakim on jest, jak i tego, jakim być powinien. Każdego dnia jeden lub kilku z nas serwuje grupie jakiś pomysł jako przedmiot rozważań. Każda propozycja podlega krytyce tak intensywnej i precyzyjnie skoncentrowanej, że pomysł obraca się w pył lub ulega oczyszczeniu i zahartowaniu.
Każdy pogląd ujęty w tej książce został przetestowany w tyglu stołu obiadowego
i moim zdaniem, które być może jest kontrowersyjne, przetrwał tę próbę. Jednocześnie, kilkanaście razy więcej pomysłów padło pastwą płomieni. Pozwólcie mi wytłumaczyć, dlaczego takie postępowanie jest istotne.

Ekonomiści wierzą w wiele rzeczy, które dla zwykłych myślących ludzi są uderzającą, oczywistą nieprawdą. Co gorsza, uznają oni za nieprawdziwe liczne zjawiska, które zwykłym myślącym ludziom jawią się jako ewidentnie słuszne. Dlatego właśnie ważne jest podkreślanie, że nie godzimy się z tymi sprawami, kiedy obok nich przechodzimy. Ekonomia jest poważną dyscypliną posługującą się precyzyjnymi kryteriami opartymi na logice i materiale dowodowym. /…/

Istotę wywodu objaśnia Rozdział 1: Ekonomista jako ojciec i ojciec jako ekonomista

/…/ Moja córka Cayley, mająca obecnie dziewięć lat i będąca oczkiem w głowie swojego taty, starała się od wczesnych dziecięcych lat ogniskować moją uwagę
na pewnych zasadach ekonomii stosowanej, poczynając od komfortu materialnego. Cayley i ja udzielaliśmy sobie lekcji ekonomii od zawsze.

Wykładam ekonomię również w innej postaci, jako profesor na uniwersytecie. Profesorowie i rodzice mają wiele cech wspólnych. Dobry profesor, podobnie
jak dobry rodzic, istnieje po to, aby uczyć innych, zwiększać swą własną wiedzę oraz cieszyć się w miarę tego, jak studenci go prześcigają.

/…/ Jestem dwujęzyczny. Na sali wykładowej mówię językiem wykresów i równań, podczas gdy w domu, w pokoju, posługuję się językiem marzeń i wyobraźni, takim, który osusza łzy. W uczelnianej sali rozprawiam abstrakcyjnie o zaletach zredagowania skutecznego kontraktu; w pokoju domowym mówię konkretnie
o tym, dlaczego Jessica, przyjaciółka Cayley, nie chce, aby zmieniała ona zasady obowiązujące w warcabach w trakcie rozgrywanej partii. Na wykładach omawiam ogólny problem określenia praw własności, podczas gdy w domowym zaciszu odnoszę się do specyficznych spraw natury moralnej, które pojawiają się z chwilą zgłoszenia przez jedno z dzieci roszczeń do jednej czwartej komunalnej piaskownicy. Bycie dwujęzycznym nie oznacza, że ma się do powiedzenia dwa razy tyle, lecz jedynie to, iż trzeba opowiadać o tej samej sprawie dwukrotnie.
Jednak zachodzi tu coś osobliwego: czasami sprawy, które wydają się nieprzejrzyste i trudne, wtedy, kiedy mówi się o nich językiem sali wykładowej, stają się jasne i proste wówczas, gdy używa się codziennego języka, a niekiedy
na odwrót.
To właśnie o tym jest ta książka. Stanowi ona mieszaninę esejów dotyczących różnych spraw zasadniczych, takich jak: uczciwość, sprawiedliwość
i odpowiedzialność, z którymi powinni skonfrontować swoje poglądy zarówno rodzice, jak i ekonomiści. Traktuje ona o zasadach zła i dobra, oczywistych
dla każdego rodzica, których należałoby nauczać, po to, aby ułatwić dzieciom
i ekonomistom nieschematyczne myślenie. Dotyczy technik i zdolności pojmowania. Odnosi się do nauczania ekonomii i posługiwania się pojęciami wywodzącymi się
z tej dziedziny w celu rozwijania zasad tolerancji, współczucia i dyscypliny intelektualnej. Dotyczy wreszcie używania ekonomii dla zrozumienia rodziny
i korzystania ze struktury rodziny w celu naświetlenia kwestii ekonomicznych.

Dużo już tego, ale chciałabym dać ci jeszcze próbkę tego „beznamiętnego”, logicznego wywodu :-)

/…/ Rozdział 2: Czego możemy nauczyć się na placu zabaw?
JESTEM OBDARZONY DZIECKIEM NAD SWÓJ WIEK ROZWINIĘTYM, dziewczynką, która mając pięć lat, podczas oglądania telewizji usłyszała nowo wybranego prezydenta Billa Clintona zapowiadającego zamiar podniesienia podatku dochodowego i natychmiast wybuchła płaczem. Nigdy nie było dumniejszego ojca niż ja.

Pakiet podatkowy pojawił się owinięty w stosowaną zazwyczaj retorykę: „Bogaci mają zbyt wiele, a biedni zbyt mało”; „Mają oni więcej niż zasługują”, „To jedyne sprawiedliwe rozwiązanie” i tak dalej, aż do znudzenia.
Z faktu, iż politycy posługują się tego rodzaju retoryką, wnoszę, że istnieją wyborcy, którzy tego się domagają. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego,
że zmniejsza to ich poczucie winy z powodu życia na koszt pracujących w pocie czoła sąsiadów. Lepiej stwarzać pozory i udawać, iż czyjś sąsiad zasługuje
na wyzysk, niż przyznać się do zachłanności. Kluczowym słowem jest tutaj jednak „udawanie”. Jest faktem, że nikt w rzeczywistości nie wierzy w retorykę redystrybucji. Czasami można używać tej retoryki dla zrobienia z niektórych ludzi idiotów i mogą oni sobie cenić, że się ich ogłupia. Jednak nikt nie wierzy w to stale
i głęboko, a tak naprawdę to nawet chwilami nikt nie wierzy w to w głębi serca.
Nie zbliża się nawet do punktu, w którym mógłby w to uwierzyć
Skąd o tym wiem? Mam córkę i zabieram ją na plac zabaw, słuchając tego, co inni rodzice mówią swoim dzieciom. W moim długim już życiu nigdy, przenigdy
nie słyszałem, aby inni rodzice mówili dzieciom, że słuszne jest odbieranie siłą zabawek innym dzieciom, które mają ich więcej. Nie słyszałem także jeszcze,
aby rodzic mówił, że jeśli jedno z dzieci ma więcej zabawek niż inne, to powinny one utworzyć rząd i przegłosować odebranie mu tych zabawek.

Pozdrawiam cię serdecznie, Grażyna

Leave a comment

Your email address will not be published.


*



*